BIELENDA Comfort+ czyli test złuszczającego zabiegu do stóp

Do tej pory zawsze korzystałam z tradycyjnych metod pielęgnacji stóp. Używałam tradycyjnego pumeksu, po nim nakładałam nawilżający krem do stóp, albo korzystałam z doraźnej pomocy peelingu do stóp w kremie.

Idąc z duchem czasu i nowinek kosmetycznych postanowiłam spróbować zabiegu złuszczającego stopy do wykonania w domu. W drogerii kosmetycznej nabyłam za 10,99 zł Bielendę Comfort+

Przed użyciem dokładnie przeczytałam załączoną ulotkę. Dotąd nie miałam styczności z tego rodzaju kosmetykiem.

Opakowanie zawiera dwie foliowe skarpety, 2 saszetki z aktywnym płynem – po jednej na każdą stopę. Przygotowałam wszystko co mi potrzebne – w tym parę  skarpet i przystąpiłam do zabiegu.

Oczyszczone stopy – w tym zmyty lakier z paznokci włożyłam do foliowych skarpet. Do każdej z nich wlałam zawartość saszetki i przez ową skarpetę rozprowadziłam delikatnie na stopach. Następnie nałożyłam na foliowe skarpety, skarpety , które przygotowałam sobie wcześniej. Głownie chodzi o to, żeby luźna górą foliowa skarpeta, nie zsuwała się.

Tak przygotowany zabieg zgodnie z instrukcją należy trzymać na stopach od 60 do 90 minut. Przyznam, że dla mnie nie było to zbyt proste :-). Sam płyn obślizgły, taki śmieszny trochę, ciężko go opisać. Po około 10 minutach zaczęłam czuć lekko rozchodzące się po stopach ciepło. Nie było to uczucie niemiłe ale od razu jestem podejrzliwa i zastanawiałam się czy aby na pewno to dobrze że tak czuję.

Wytrzymałam tak 75 minut. Włożyłam nogi do wanny i powoli najpierw jedną potem drugą nogę oczyściłam pod bieżącą ciepłą wodą bez użycia detergentów. Po prostu masując porządnie je zmyłam. Jeszcze przez dobre dwie godziny czułam i ciepło i jakby mrowienie na stopach. One same w dotyku były dość miłe, jedwabiste wręcz, ale jeśli chodzi o wygładzenie pięt? Nic się wielkiego nie podziało. Nawet powiedziałam mężowi że lepsze efekty uzyskuję przy użyciu pumeksu.

Przez kolejny tydzień stopy były w miarę…no przyzwoicie ale nie WOW. Na opakowaniu wyczytałam że proces złuszczania zacznie się między 3 a 7 dniem po zabiegu, a tu nic. Miałam nawet ochotę „poprawić” zabieg pumeksem, ale skoro w instrukcji proszono o nie wykonywanie innych zabiegów złuszczających…odpuściłam.

Mój „dramat” zaczął się 9-10 dnia. Trwał przez kolejne 2 tygodnie. Tak! 2 tygodnie. Całe szczęście że zdecydowałam się na ten zabieg w momencie pogorszenia się pogody i zamiast w sandałach chodzić trzeba było w adidasach ewentualnie balerinach.

Początkowo pomyślałam, że mi zwyczajnie skóra zaczyna schodzić po opalaniu ale gdzie? Po takim czasie? Potem pomyślałam że mam po prostu tak wysuszoną skórę że trzeba ją nawilżyć, ale kolejny dzień przyniósł jeszcze większe przerażenie. Moje stopy zaczęły wyglądać jak….przepraszam, jeśli ktoś akurat przy obiedzie czyta ….jakbym miała grzybicę, łuszczycę i tym podobne schorzenia!

To wyglądało…potwornie! Obleśnie! Odrzucająco! Najpierw tworzyły się pęcherze jakby odciski a za chwilę skóra płatami schodziła ze stóp. Czułam się bardzo niekomfortowo. Zaczęło wracać słońce a ja w tych trampkach i balerinach! Doszło do tego że skóra schodziła do wysokości kostek na stopie, schodziła i schodziła i schodziła i zejść nie mogła. :/ To było nieestetyczne – sami widzicie i mało przyjemne dla mnie samej. Po 2 tygodniach – a trzech od zabiegu wreszcie proces złuszczania ustał. Czy moje stopy były choć przez chwilę jedwabiście gładkie? Nie wiem! Nie mogłam skupić się na „jedwabności” bo ciągle myślałam o tym żeby nie zapomnieć ubrać skarpet.

Po całym zabiegu i tym koszmarnym dwutygodniowym złuszczaniu moje stopy nie były tak zajebiste jakbym tego oczekiwała. Dziś wiem na pewno że szybciej ogarnę pięty pumeksem niż znowu zdecyduję się na „złuszczające skarpety”. Dla mnie zdecydowanie „nie” Ja dziękuję ale więcej nie skorzystam.

Być może to indywidualna kwestia skóry, może coś innego. Produkt był z długą datą przydatności. Kupiony w renomowanej drogerii, ale jednak nie dla mnie. Może to i nie wiele 10,99 zł ale wolę kupić sobie pumeks i go używać nawet co dzień.

Pamiętajcie!

To moja opinia dlatego nie odradzam Wam zakupu. Każda skóra jest inna i być może są osoby które są zadowolone z zakupu i stosowania tego preparatu. Dla mnie jednak zostają sprawdzone stare metody :-)

Pozdrawiam

Wielki test z trnd – Philips PerfectCare Elite Plus – nowoczesne prasowanie

Już tydzień jest ze mną! Fantastyczne żelazko Philips PerfectCare Elite Plus. Co po tym czasie mogę o nim powiedzieć? No cóż….już dość wiele :-)

Obsługa żelazka jest dość prosta. Plusem jest na pewno to, że nie trzeba ustawiać temperatury dostosowując jej do prasowanej rzeczy. Temperatura jest jedna a póki co udało mi się wyprasować przeróżne rzeczy : sweterki, bawełniane T-Shirty, dżinsy, eleganckie spodnie, satynowy szlafroczek i piżamkę, jedwabną koszulkę, ręczniki frotte, ściereczki lniane, bieżniki, koszule, żakiet (w pionie), nawet firanę z tiulu, pościel flanelową i z kory.

Prasowałam do tej pory zawsze na lewej stronie, szczególnie jeśli koszulki miały nadruki, prasowanki czy inne tego typu gadżety. Nie chciałam stopić gumowych nadruków a tym samym zabrudzić żelazka.

Tym razem postanowiłam poddać żelazko próbie i sprawdzić jak wygląda w rzeczywistości to #inteligentneprasowanie

Udało mi się nie zniszczyć ubrań a przy okazji ocalić płytę żelazka przed zabrudzeniem :-) Uważam to za swój osobisty sukces hihi. Ponad to, zdecydowanie nabrałam chęci do prasowania. Mąż nawet zaczął się śmiać że chyba zajmę się prasowaniem zawodowo. Po zdjęciu prania z suszarki zaraz włączam swojego Filipa (Philips PerfectCare Elite Plus) i po prostu…..prasuję!

Okazało się że nie tylko ja mam takiego ciągotki hihih spójrzcie na czym przyłapałam dziś rano syna???

Tak! On prasuje! Najpierw wyprasował sobie T-Shirt który zaraz założył na siebie, a następnie zaczął prasować spodnie! Aż zapytałam czy dziś w szkole jest jakaś uroczystość o której nie wiem :-)

Mogłabym Wam tak opowiadać o tym jak fantastycznie mi się prasuje, ale może dla dowodu, że żelazko jest warte takiej opinii skupię się na technicznych danych.

Obsługa jest banalnie prosta. Po włączeniu żelazka czekamy około 2-3 minut (w instrukcji podano 5) aż generator zacznie wytwarzać parę z wody, którą wlewamy do zbiornika. Kiedy żelazko jest odpowiednio nagrzane zasygnalizuje nam to dźwiękiem. Zbiornik jest łatwo zdejmowalny i co najważniejsze spory! 1,8 l to jednak dużo w porównaniu do standardowego żelazka jakie bądź co bądź jednak większość polskich domów ciągle posiada. Ponad to kiedy poziom wody jest na tyle niski że trzeba go uzupełnić, żelazko sygnalizuje nam ten fakt dźwiękiem – super!

Ponieważ płyta żelazka odłożona na generator znajduje się niemal w pionie, żelazko wyposażone jest w blokadę tak, żeby nie spadło nam – samo z siebie gdy źle odłożymy, lub np niechcący pociągniemy za przewód – my, dziecko, kot….takie rzeczy się zdarzają.

Dozowanie pary – mamy dwie możliwości, albo włączymy przycisk „auto” i para będzie podawana każdorazowo kiedy położymy żelazko w pozycji poziomej , albo będziemy je dozować samodzielnie, naciskając przycisk za każdym razem kiedy tej pary potrzebujemy, a przycisk znajduje się pod uchwytem żelazka, usadowione w taki sposób że wystarczy jedynie ruch palca by wydostać parę.

Jest jeden minus, a nawet dwa minusy jeśli chodzi o parę. No cóż…nie same „ochy” i „achy” ale obiektywnie muszę powiedzieć, para bucha, zdarzyło mi się sparzyć palce dłoni. Jedną trzymam żelazko, drugą wygładzam materiał który  prasuję. W trybie „auto” nie zawsze kontroluję kiedy para buchnie spod żelazka i nie zawsze zdążę odsunąć dłoń – mój błąd :-) Drugi minus to taki, że pary jest tak dużo, że czasem ubranie jest wilgotne zaraz po uprasowaniu, dlatego przy niektórych tkaninach lepiej tryb „auto” wyłączyć i dosuszyć prasowaną rzecz bez użycia pary, jedynie przesuwając żelazkiem po tkaninie. Żeby pary wydostawało się mniej, generator wyposażony jest w przycisk „eco”. Pozwala nam on na oszczędniejsze jej generowanie.

Rzecz kolejna – płyta żelazka. Nie udało mi się jej przez tydzień intensywnego użytkowania zanieczyścić. To jedynie znak, ze żelazko ma porządną nieprzywieralną powłokę, a to również dzięki dziesiątkom małych otworków z których wydobywa się para. Cała jego powierzchnia jest tymi otworkami pokryta.

Co jeszcze wyróżnia to żelazko od innych? Fakt, że możemy prasować w pionie. To się przydaje kiedy chcemy tylko odświeżyć czy szybko usunąć zagięcie z żakietu, koszuli czy nawet zasłon. Do tego służy dołączona do zestawu termiczna rękawica. Podkładamy ją pod tkaninę a płytę żelazka umieszczamy nad tkaniną którą prasujemy. Dzięki temu nie poparzymy dłoni a łatwiej nam prasować w pionie.

Ogólnie żelazko jest nowoczesne i można nazwać je inteligentnym. Ja zdecydowanie chętnie zamieniłabym je z żelazkiem którego do tej pory używałam. „Za” jest naprawdę dużo. Przede wszystkim prasuje się przyjemniej i szybciej. Nie muszę się martwić o to, ze temperatura będzie za wysoka, albo za niska i prasowanie będzie trwało dłużej. Do tej pory naprawdę prasowałam niechętnie i tylko wtedy kiedy była potrzeba. Nie ukrywam, że przez 20 lat kiedy mam swój dom, swoje gospodarstwo domowe, swoją rodzinę…nauczyłam się i wypracowałam własną technikę wieszania prania. Technika miała na celu zminimalizowanie zagnieceń odzieży po wysuszeniu tak żeby prasować nie trzeba było albo żeby prasowało się bez użycia mokrej ścierki. Ta technika sprawdzała się przez lata. Po upraniu jak najszybciej wyjąć rzeczy z bębna pralki, przed wywieszeniem porządnie strzepać a wieszać tak, by rzeczy były rozwieszone prosto – niestety technika dopracowana do perfekcji przeze mnie nie dotarła dotąd do męża i synów haha.

Dobrze rozwieszone pranie to połowa sukcesu w prasowaniu! Mniej zagnieceń, a te które są nieuniknione łatwiej rozprasować. Dzięki Philips PerfectCare Elite Plus stało się to nie tylko i łatwiejsze, ale szybsze i dużo przyjemniejsze. W prasowanie zaczęli się angażować domownicy i magiczna pufa – u mnie pufa a większości domów magiczne krzesło – stopniowo zaczęła się opróżniać i po tygodniu korzystania z żelazka mimo codziennego prania pufa zajęta jest nim tylko przez chwilę po czym odzyskuje funkcję siedzenia. To naprawdę fajne, bo patrzenie na stertę rzeczy z którymi nie wiesz co zrobić – prasować czy chować od razu do szafek, wreszcie przestało irytować.

Nie będę rozpisywać się nad instrukcją obsługi bo producent już ją opracował. Jest czytelna i udziela odpowiedzi na wszystkie pytania.

Obsługa jest nieskomplikowana a praca z żelazkiem naprawdę przyjemna. Naprawdę dawno nie miałam tyle nieskrywanej przyjemności z prasowania jak w ostatnim tygodniu. Chciałabym prasować i prasować bo przy pomocy żelazka z generatorem pary jest to proste i szybkie zajęcie. Żal będzie mi oddawać po testach żelazko dlatego nie ukrywam że będę rozważała zakup takiego. Nie jest to tani gadżet, ale na pewno wart ceny (około 1500 zł – źrodło:internet)

 

 

Grzybki w marynacie – domowe sposby na zachowanie smaku grzybów na zimę

Grzybki marynowane to jeden ze smaków, który pamiętam z dzieciństwa. Lekko obślizgłe maślaczki do dziś intensywnie tkwią mi w pamięci :-)

Ponieważ w tym roku zebrałam tyle grzybów, że musiałam część rozdać a na pozostałą część wymyślić sposób na ich przechowanie zrobiłam kilka słoiczków grzybków marynowanych. To doskonały pomysł na przechowanie grzybów, a także prosty sposób na zrobienie w zimie sosu tatarskiego np. na święta czy Noworoczne przyjęcie. takie grzybki to też doskonała przekąska do alkoholu czy przystaweczka korespondująca z wędlinami.

Najlepiej do marynaty używać grzybków niedużych. Wyglądają ładnie i są „poręczne” w spożyciu.Jakie grzyby najlepiej marynować? Przede wszystkim grzyby świeże. Borowiki, maślaki, podgrzybki, koźlarze… Są zwolennicy marynowania rydzy, kurek czy gąsek, ale tych grzybów ja osobiście nie zbieram choć nie ukrywam, że z dzieciństwa pamiętam cudowne kurki w śmietanie, jakie przygotowywała moja mama.

O czym trzeba pamiętać? Porządnie oczyścić grzyby! Nie chcemy przecież by piasek z nóżek czy kapeluszy zgrzytał nam w zębach.

Najlepiej w słoiczku zamykać grzyby tego samego gatunku. Dlatego po powrocie ze zbiorów starannie należy grzyby posegregować.

Grzyby należy dobrze oczyścić z piasku, liści i innych zanieczyszczeń. Następnie wybrać mniejsze. Jeśli nie mamy małych grzybów oczywiście użyć można trochę większych, trzeba je wówczas podzielić na mniejsze części. Np. Duże kapelusze na 4 do 8 części. Można marynować same kapelusze, a nóżki suszyć.

Do marynaty potrzebować będziemy (mniej więcej na pół kilograma świeżych grzybów) :

0,5 l wody, 0,20-0,25 l octu spirytusowego 10%, łyżkę cukru, łyżeczkę soli,  kilka małych liści laurowych, kilka ziaren czarnego pieprzu, kilka ziaren ziela angielskiego, dużą cebulę i około 1 płaskiej łyżeczki gorczycy na każdy ze słoików.

W rondelku  przygotowujemy zalewę. Wlewamy wodę i ocet, sól, pieprz, cukier, liście laurowe i ziele angielskie. Zagotowujemy.

Oczyszczone grzyby  obgotowujemy przez mniej więcej 5-7 minut w osolonej wrzącej wodzie. Następnie przekładamy na cedzak i dokładnie płuczemy. Podczas obgotowywania woda może się spienić i to chcemy z grzybów właśnie usunąć. Poza tym po płukaniu zimną wodą, grzyby hartują się.Cebulę kroimy w krążki lub półkrążki. Można przelać wrzątkiem, ale nie jest to konieczne. Na dno każdego słoika wrzucamy gorczycę, dodajemy trochę cebuli i układamy obgotowane i opłukane grzyby, na wierzch układamy jeszcze odrobinę cebuli.

WAŻNE !!!

Słoiki do których będziemy wkładać grzyby porządnie myjemy i wyparzamy wrzątkiem. Nakrętki również po czym wycieramy je do sucha od wewnątrz.

Następnie do słoików wlewamy gorącą zalewę, której pozwoliliśmy zawrzeć w rondelku. Ważne żeby była gorąca.

Jak widzicie, marynatę wlewam razem z przyprawami. To też istotne, bo w nich kryje się jej smak, którym przejdą grzyby.

Teraz obcieramy brzegi słoika, tak by nie były mokre, kiedy będziemy nakładać nakrętki. Słoiki szczelnie zakręcamy. Odkładamy je na ściereczkę denkiem do góry. ponieważ grzyby były obgotowane, a zalewa wrząca, nie ma potrzeby pasteryzowania. Jeśli nakrętki nie miały szkodzeń, były suche, brzegi słoiczka również, raczej nie powinno się nic złego im stać.

Zamknięte w słoiczkach grzyby przetrwają całą zimę…oczywiście o ile sami ich wcześniej nie opróżnimy. Doskonale sprawdzą się na świątecznym stole jako przekąska, ale będą też dodatkiem do dań np mięsnych czy jako składnik domowego sosu tatarskiego. Warto zbierać grzyby, warto robić z nich przetwory. Jeśli mamy ich nadto możemy w różnych formach przechować je na zimę – jak choćby w takich słoiczkach w marynacie.

SMACZNEGO!

 

Sezon grzybowy w pełni! Wykorzystaj dary lasu

Sezon grzybowy potrwa jeszcze do końca października a ja mam już swoje zapasy na zimę :-)

Tego roku moje zbiory były większe niż poprzednich lat razem wzięte – dlaczego? Może i wysyp grzybów był większy, ale i już w samym wrześniu 4 razy byłam z mężem na grzybach. Obrodziły…oooooj obrodziły!

Jako dziecko pamiętam że jeździliśmy z rodzicami na grzyby do Czarnej Tarnowskiej. Zaproponowałam więc to miejsce mojemu mężowi choć on uparcie….nie, bo moi rodzice jeżdżą do Brzeźnicy….sąsiad z kolei, pani Małgosiu, Jastrzębia! Ja nie nastawiając się na Bóg wie jakie zbiory zabrałam więc męża do Czarnej, a dokładniej do Żdżar. I co? I to!

Wiele może nie nazbieraliśmy, ale była akurat sobota, fantastyczna pogoda, 2 dni po pełni a i grzybiarzy w lesie jak na bazarze w dzień targowy ! hahha, każdy jednak znalazł coś dla siebie.

Z racji tego, że aż tak dobrze grzybów (wszystkich) nie znam, zbieramy TYLKO te, które znamy. Grzyby „gąbczaste” – choć i na nich można się czasem przejechać, to zdecydowanie uważamy na to co wkładamy do koszyka.

Niemal pełen kosz, wcale nie mały to dobry zbiór jak na „nowe” miejsce i taki tłum w lesie :-). Na obiad była zupa grzybowa – standardowa, a reszta poszła do suszenia. Mało tego nie było, ale że mój mąż bardzo namawiał, rano następnego dnia w niedzielę zebraliśmy się i pojechaliśmy tam, gdzie po pierwsze nie mamy daleko, po drugie wiemy, że można coś znaleźć a po trzecie znamy las. I co? hahah I to!

Nasze niemal stałe miejsce wypadowe, niedaleko kąpieliska Dwudniaki, gdzie w tym sezonie często przyszło nam stacjonować….Musieliśmy przejść daleko, daleko, głęboko w las. Grzybiarzy też nie brakowało więc przeszliśmy lasem prawie 4 km w jedną stronę by znaleźć magiczne miejsce! Ale sza! Bo już ktoś tam był hahahahaha

Tym razem  zebraliśmy całą łubiankę i kosz grzybów – to zdjęcie nie jest ostatecznym dokumentem zbioru, bo wracając dozbieraliśmy kosz do pełna.

Samo chodzenie po lesie i znajdowanie grzybów to fantastyczne i odprężające zajęcie….no, może po powrocie człowiek pada na twarz ze zmęczenia, ale obcuje z przyrodą, słucha jak dzięcioł puka w drzewo, słyszy jak śpiewają ptaki, szumią liście….można pomyśleć, można sobie coś w głowie przeanalizować lub po prostu iść, zbierać i pogadać z mężem.

Po powrocie znów człowiek się zastanawia…jezuuuu co z tym robić, ale część do suszenia, troszkę do marynowania, sos z grzybów do chlebka…taki na cebulce, masełku, ze śmietaną i pietruszką – yummie!

Tydzień później mój mąż znów poczuł niedosyt. Jedźmy na grzyby :-P Pytam czy się dobrze czuje? Kto znowu będzie to wszystko ogarniał, co z tymi grzybami robić? Pogoda się psuje, nie ma za bardzo gdzie suszyć….tyle ile mam wystarczy mi na pierogi z kapustą i grzybami, na uszka świąteczne z grzybami rzecz jasna, na dodatek do bigosu, barszczu…..ale dałam się złamać hahha

Znów Wierzchosławice i …..O M G To już było przegięcie hahah Widzicie to? 2 duże kosze, reklamówka i dobrze że przestało padać bo mogłam pakować do peleryny. W sumie kiedy te spoza koszy przełożyłam do sporej plastikowej skrzynki którą wożę w bagażniku….był pełen….helołłłłłłł

Przyjechaliśmy do domu a dzieci w szoku…po co tyle grzybów????? Więc zaraz poszedł telefon w ruch hahah mamo mam grzyby, czekam, przyjedź, do siostry….mam dla ciebie prezent na urodziny, przyjedź….dostała reklamówkę grzybów hahah do sąsiadki…Pani Krysiu..niech mnie Pani ratuje! A co się stało???? Grzybów mam na zbyciu hahahha

Rozdałam więc połowę tego co miałam po czym niechętnie i zmęczona zabrałam się za czyszczenie grzybów. Znów słoiczki poszły w ruch

znowu suszenie

(mam już zapas 3 sporych słoi), znowu zupka ( tym razem zupka krem) i sosik jeszcze opcja z mrożeniem poszła w ruch…ale ileż można? Wysuszonych z poprzedniego „rzutu” dałam część mamie ale mimo to zostało mi sporo. Co prawda nie zmarnują się bo tylko na Wigilię w rodzinnym domu muszę zrobić 160 pierogów, a drugie tyle i jeszcze dużo więcej dla swojej 5-cio osobowej rodziny bo za tymi pierogami przepadają. Robię je tylko i wyłącznie na Wigilię, ale zapas zostawiam w zamrażarce na Nowy Rok.

Jedno jest pewne! Grzyby może i nie mają żadnych witamin, żadnych wartości odżywczych, ale na pewno są smaczne, w każdej chyba postaci. Ja przede wszystkim uwielbiam je zbierać….a wiedząc to mąż znowu wyciągnął mnie w las …..no,no…żadnych sprośności hahha i w deszczu, w półmroku (pojechaliśmy przed 16tą a wrócili o 19tej) zbieraliśmy co było, a jednak było nie mało. Znów ten nasz magiczny duży kosz zapełniliśmy niemal w całości.Kazałam mu przysiąc że w tym roku na grzyby już nie pojedziemy! ale zapowiada się że i dziś będzie chciał wybrać się do lasu zbierać i zbierać i zbierać….hahah

Dziś o grzybach to tyle, o sezonie na grzyby który trwa a zbory są jak szalone! Obserwuję sąsiadów i widzę że wcale nie mało zwożą. Nie pytam gdzie jeżdżą, każdy ma swoje miejsca, a ja niechcący sprzedałam Wam swoje  :) …no cóż, las rodzi i każdego obdzieli. Obym tylko nie musiała przez cały rok wcinać grzybów bo….chyba przestanę je lubić.

W następnym wpisie, podzielę się z Wami moim przepisem na marynowane grzyby. Prosty, a jeśli macie grzyby, które sami nazbieraliście, najlepiej maślaczki albo szlachetne grzyby – dobrze jeśli są małe – to zamiast płacić jak za zboże za słoiczek grzybków „do wódeczki” będziecie mogli zrobić je sami. Koszt? Woda, ocet, gaz, przyprawy – przecież grzyby macie z lasu :-)

Pamiętajcie!!! Zbierajcie TYLKO grzyby, do których macie 100% pewność że je znacie i są jadalne! Jeśli macie wątpliwośći, albo zostawcie je w lesie, albo udajcie się do SANEPiDu, a tam odpowienio przeszkolona osoba powie Wam które z nich możecie zjeść. Nie ryzykujcie.

Makaron ryżowy z krewetkami – przepis

Minimum składników a efekt fantastyczny! Polecam Wam przepis na makaron ryżowy z krewetkami.

Lista składników jest krótka a przygotowanie dość szybkie, takie danie możecie przygotować np. na romantyczną kolację dla dwojga :-)

Potrzebujecie -  2 nieduże ząbki czosnku, krewetki – najlepiej świeże, królewskie,  1 opakowanie makaronu ryżowego „niteczki”, słodkiego sosu chili z ananasem, łyżkę masła i łyżkę oleju do smażenia krewetek, albo jeśli wolicie innego tłuszczu j.np. oliwy – choć ja na oliwie nie smażę :-), pęczek natki pietruszki lub kolędry i…..w zasadzie to tyle. Sól, pieprz w razie potrzeby.

Zacząć należy od krewetek. Krewetki jeśli kupujemy świeże, chłodzone musimy sprawdzić czy są oczyszczone – raczej nie będą. Co ważne! Szare krewetki to krewetki całkiem surowe, różowawe – były wstępnie obgotowane. Te drugie potrzebują zdecydowanie krótszej obróbki termicznej.

Obejrzyjcie swoje potworki! Każda na ich łebkach szara plamka powinna już je dyskwalifikować – krewetka powinna być bez plamek.

Z opakowanie dowiecie się czy krewetka była gotowana, skąd pochodzi, jak została sklasyfikowana (rozmiar) Sól, cukier – zazwyczaj oznaczają że gotowane były z dodatkiem tych przypraw.

No więc…..czyścimy!

Krewetkę nacinamy na grzbiecie. Dobrze „odgiąć” łebek i naciąć od początku korpusu do końca.

Znajdujemy przewód pokarmowy i usuwamy go starannie. To BARDZO WAŻNE! Jeśli go nie usuniemy, możemy się zatruć i mieć nieprzyjemności żołądkowe :/

Dla lepszego efektu „wow” można zostawić krewetkę w „ubranku” czyli korpusie, ja jednak usuwam je od razu, łącznie z łebkiem. Dlaczego? Dlatego, ze tak jest wygodniej jeść i nasz kolacyjny gość nie bezie czuł się niezręcznie.

Teraz wystarczy dokładnie opłukać i osuszyć. Można zabrać się za smażenie.

Zaczynamy od makaronu. Na dwie porcje w zupełności wystarczy 1 opakowanie makaronu – nawet zostanie. Makaron przekładamy do miski i zalewamy wrzątkiem.

Czosnek obieramy i kroimy na plasterki. Wrzucamy go na rozgrzany na patelni (woku) tłuszcz i smażymy krótko żeby po pierwsze nie przypalił się a po drugie nie nabrał goryczki.Następnie na patelnie wrzucamy krewetki i obsmażamy je krótko. ja posypuję je lekko pieprzem i odrobiną soli. Tyle! Następnie wlewam około 3-4 łyżek sosu słodkiego chili z ananasem – dostępny w każdym niemal markecie.W tym czasie też odcedzam makaron. Wystarczy że zaparzy się przez 7-10 minut we wrzątku i będzie idealny. Odsączony wrzucam na patelnię.Wszystko wystarczy teraz tylko połączyć razem, dobrze zamieszać by makaron przeszedł smakiem wytworzonego sosu.

Minutka – dwie i wrzucamy posiekaną natkę pietruszki lub kolendrę. Kolendra nadam cytrusowego posmaku.

Danie można już przekładać na talerze. Fajnie podać zamiast sztućców pałeczki. Wygląda wtedy bardziej efektownie.

Cóż…ja życzę smacznego! Danie proste, niezbyt drogie, ale za to jakże zaskoczy zaproszoną drugą połówkę.

Uwaga panowie! Zapamiętajcie ten przepis – to naprawdę 10-15 minut roboty a efekt? Zaskoczy waszą wybrankę :-P

Philips PerfectCare Elite Plus – ruszył nowy projekt TRND!

Tak się cudownie złożyło, że udało mi się załapać do nowego projektu trnd, gdzie do testów dostałam fantastyczne żelazko z generatorem pary. Wczoraj je dostałam, ale ponieważ i sezon grzybowy i przetrworowy :-) nie miałam czasu wczoraj zrobić nic więcej niż zapoznać się z instrukcją samej kampanii jak i obsługi generatora pary i poprzyglądać się urządzeniu.

Dziś pierwszy raz uruchomiłam Philips PerfectCare Elite Plus i…..kurcze :/ ….. naprawdę trzeba będzie je zwrócić? Jest fantastyczny.  żelazko samo w sobie lekkie, przewód długi, można ustawić jednym przyciskiem automatyczne uwalnianie pary albo uwalniać je jednym naciśnięciem przycisku od spodu rączki.

Prasowanie idzie lekko i gładko.

Odkładając żelazko na podstawę generatora pary możemy je zabezpieczyć przed zsunięciem się. Należy uwolnić zasuwę naciskając „panelik”

To jednocześnie doskonałe zabezpieczenie przed dziećmi, aby nie zdjęły żelazka samodzielnie bo grozić to może oparzeniem.

Fantastyczna gładka, łatwo przesuwająca się po każdym rodzaju tkanin płyta grzewcza żelazka.

To właśnie z tych licznych rowków wydobywa się para na całą powierzchnię prasowanej rzeczy.

Po naciśnięciu przez 2 sekundy przycisku POWER uruchamia się żelazko. Trwa to około minuty, w tym czasie generator zaczyna pracować i wydobywa niegłośne „pomruki”. Kiedy przyciśniemy przycisk ECO żelazko będzie pracowało w oszczędniejszym trybie.

Możemy prasować pionowo. Do tego potrzebna będzie specjalna termiczna rękawica, dołączona do zestawu. To super sprawa przy odświeżaniu firan bez ich zdejmowania z karnisza, czy odpicowania żakietu :-)

To jedynie wstęp :-) Szerszą relację napiszę  na pewno po przetestowaniu na całej stercie ubrań zalegających moją „magiczną pufę”. Uffff mam nadzieję że teraz już będzie mi się chciało prasować…no, przynajmniej na czas kiedy będę miała to cudowne urządzenie. Już wyobrażam sobie jak spędzę nadchodzące deszczowe wieczory hihihi

Zott Primo – fantastyczna kampania z jogurtem w tle

Po czasowych problemach technicznych z blogiem wracam! Wracam i cieszę się bo naprawdę mam o czym pisać :-)

Na początek Kampania #trnd z jogurtami Zott Primo w tle. To jedna z tych akcji testowania, kiedy mam okazję poznać nie wybrany konkretnie produkt a jego szerszą gamę.

Na zakupy w kampanii przeznaczono 35 zł. Myślałam najpierw….co ja za to kupię/ Uda mi się wszystkiego spróbować??? Ale jak to ja, wyczaiłam kilka promocji, drobne wyprzedaże i udało mi się wypróbować wszystkich biorących udział w kampanii produktów Zott Primo.

W Kampanii chodziło o to, żeby nie tylko samemu poznać nowe smaki, ale też żeby podzielić się ze znajomymi co też uczyniłam….z nieskrywaną radością. „Dostało się” Pani Krysi zza ściany, Pani Stasi – sąsiadce z balkonów, a i psiapsiółce z którą na horrory razem do kina chodzimy :-) Każdy zadowolony!

Nasz naj naj to oczywiście znany nam już Zott Primo jogurt naturalny z owocowym musem lub dodatkami z ziaren zbóż i suszonych owoców.Tego reklamować nie trzeba! O tym pisałam w innym poście kilka miesięcy temu :-) yummie! Tyle w temacie!

Zaskoczeniem nie był też jogurt naturalny bez dodatku cukru, z dodatkiem miodu, ponieważ sama chętnie kupuję go na przekąskę dla siebie.

Najbardziej zaskoczyły mnie jogurt do picia bez laktozy, którego dotąd nie kosztowałam. Smaki? No co mam powiedzieć? Me gusta! ja naprawdę lubię jogurty naturalne – moje dzieci mniej, nie bardzo odpowiada im kwaskowaty smak, ale kiedy dodadzą do niego mus owocowy, musli czy suszone owoce, zjadają ze smakiem aż im się uszy trzęsą.

Jogurt grecki był strzałem w dziesiątkę! Przyznaję….nigdy….no dobra, naprawdę NIGDY go nie kupowałam :/ Po tej kampanii jest stałym bywalcem w mojej lodówce.Wcześniej do knedli ze śliwkami dodawałam śmietany, od teraz tylko greckiego jogurtu! Jest pyszny. Sprawdza się też doskonale do sosu tzatziki, mizerii z ogórków czy dodany do chłodnika z buraczków. Jest rewelacyjny.

Tak szerokiej gamy jogurtów naturalnych Zott Primo nie spodziewałam się. Nie zwracałam nawet w sklepie uwagi na niektóre z nich, nie wiedziałam o ich istnieniu. Dopiero z ulotki dołączonej do zestawu Ambasadora dowiedziałam się i odkryłam kilka z nich. Jogurt naturalny gęsty jest świetny kiedy przygotowujemy sałaty do obiadu na zasadzie – zielona sałata, pomidory, ogórki itp, świetnie też sprawdza się dodany z majonezem do sałatki warzywnej. Dzięki kampanii udało mi się ciut odświeżyć i ciut wzbogacić moją dotychczasową kuchnię z czego bardzo się cieszę. To były …może niewielkie odkrycia, ale odkrycia godne naśladowania więc chętnie poleciłam znajomym zakup tych produktów.

Kampania smaczna, udana, zdrowa. Smak Zott Primo jest doskonały, a cena nie odbiega od innych tego rodzaju produktów u konkurencji. Smacznie, zdrowo, naturalnie bez względu na to czy dodajemy je do potraw, czy serwujemy same bez dodatków. Pitny jogurt naturalny Zott Primo jest świetny przy antybiotykoterapii – co też miałam okazję sprawdzić, a także doskonale gasi i głód i pragnienie rano i wieczorem – rano, kiedy nie mam czasu zjeść śniadania a wcale nie mały głód zaczyna grać na moich kiszkach :-). To dobry pomysł na pierwsze śniadanie.

Ja serdecznie polecam. warto śmietanę zastąpić naturalnym gęstym jogurtem Zott Primo, a nafaszerowane cukrem jogurty, które podajemy naszym dzieciom warto odstawić na rzecz jogurtu bez cukru z miodem, do którego możemy dorzucić płatki śniadaniowe, suszone owoce czy inne smaczne i zdrowsze dodatki.

Polecam

Ambasadorka Zott Primo Naturalny